Listopad i grudzień, czyli rzecz o zwalnianiu bez wyrzutów sumienia

Przełom listopada i grudnia z całą stanowczością sugeruje światu spokój.
Przyroda zapada w hibernację, nie pytając nikogo o zdanie,
a my — choć początkowo z pewnym oporem —
uznajemy w końcu wyższość ciepłych domów nad wszelkimi ambicjami.
To czas otulenia: swetrem, herbatą i przekonaniem, że dom jest przede wszystkim stanem serca.
Krzątanie się urasta do rangi cnoty — bo czyż nie w mieszaniu zupy i składaniu prania objawia się prawdziwa troska?
Kalendarz zaś, z ironią tak subtelną, że aż wzruszającą,
przypomina 16 grudnia, iż Jane Austen skończyłaby 250 lat,
dowodząc tym samym, że najpoważniejsze sprawy świata
od zawsze rozstrzygane były przy kominku, w salonie lub między kuchennym stołem a kredensem.
A ja, w tej porze skupionej na sprawach istotnych, wspominam jesień,
gdy uszyłam bawełniane myszki — drobne istoty o wielkiej zdolności przypominania,
że czułość najlepiej mieści się w dłoniach i w codziennych gestach.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czerwcowe radości

Piechotą do lata

W stronę wiosny...